Zawsze chciałem latać
Odlecieć stąd
Zawsze chciałem latać
Odlecieć stąd. Jak dziki wolny ptak.
Najpiękniejszy z moich snów. Rozkładam ręce i lecę. To nie było jeden raz.
Z pędzącego pociągu, otwartego okna dłonią łapiąc wiatr.
Miałem może dwanaście lat. Na szczycie góry, pewnego słonecznego południa, nad moją głową, przeleciał wielki ptak. Furkot jego skrzydeł, do dziś w uszach mi gra. Ech, ja też bym tak chciał. Słuchałem opowieści pilotów jak zaczarowany. O termice, wysokości i lataniu bez silnika. Szkoła szybowcowa, pozostała w strefie marzeń. Do dziś niezrealizowanych.
Bociani tan
Raz pomagając ojcu przy rynnach, z nudów patrzyłem w niebo. Wrześniowe słońce wczesnego południa, otwierało barwy jesieni. W górze, w oddali, nad naszymi głowami, coś zaczynało się dziać. Nieruchome skrzydła bocianie. Latające posągi, w ciszy zaczynały swój tan.
- Ale odlot – pomyślałem mocniej chwytając drabinę.
Zaiste szykowały się do odlotu. Więcej ich więcej i więcej. Tysiąc, półtora, może i dwa tysiące metrów nad nami. Spektakularny bociani akt. Z każdą chwilą w oczach malały. Nieuchronny koniec był tuż. Nagle jeden wyznaczył kierunek. Dziesiątki. Setki. Tysiące kropek na niebie. Jedna za drugą, zgodnie znikały w tym samym kierunku. Zostaliśmy sami. Tylko ojciec i ja.
Tato
Tato tyle bym dał, za ciepło twoich rąk, twój głos i najkrótszą chwilę uwagi.
Tato, tak bardzo mi Ciebie brak.
Obiecałem Ci, że nauczę Cię latać.
Dziś jestem pilotem paralotni.
Latam.
A kiedy wysoko robi się cicho, czasem mam wrażenie, że nadal patrzysz ze mną w niebo.








0 komentarzy